Świąteczny pakt fizyczno-psychiczny...
... o nieagresji wobec swojego materialnego królestwa
Sportowa torba ze strojem do ćwiczeń stała się już moim nieodłącznym, codziennym towarzyszem. Przyzwyczaiłyśmy się już do siebie do tego stopnia, że kiedy zdarzy się mi w porannym niedobudzeniu i zaspaniu wyjść z mieszkania bez niej, to już w drodze na przystanek zaczynam się czuć nieswojo i czegoś mi brakuje. Zorientowawszy się, że zapomniałam mej fitnessowej towarzyszki pędem wracam po nią do mieszkania. To jest już moja poranna rozgrzewka, muszę się spieszyć, bo ani nie mogę spóźnić się do pracy, ani nie mogę pójść bez ćwiczebnego zestawu! Taka patowa sytuacja z samego rana! Ale na szczęście wszystko się dobrze skończyło. Do pracy dotarłyśmy na czas!
To całe poranne zamieszanie cieszy mnie, ponieważ zdałam sobie sprawę z tego, że moje noworoczne postanowienie, które realizuję już od grudnia, weszło mi już w krew! I jeszcze nie zdarzyło się mi go przerwać! To bardzo dobry znak!
Po porannej rozgrzewce przyszedł czas na fitness. Ostatnie popołudnia spędziłam na zajęciach nazywanych w skrócie BPU albo jak ktoś woli BUP. Skrót ten pochodzi od pierwszych liter nazw partii ciała, które trenuje się najintensywniej podczas zajęć, czyli: brzuch, pośladki i uda.
Zajęcia te wzmacniają i kształtują sylwetkę. Na treningach szczególną uwagę poświęca się kłopotliwym partiom: mięśniom brzucha, pośladkom i udom. Zajęcia te bombardują problematyczne miejsca u kobiet, w których najczęściej odkłada się tkanka tłuszczowa. Charakteryzują się dużą ilością powtórzeń i długimi seriami zapewniającymi sylwetkę. Taki opis zajęć jest dla mnie wystarczająco motywujący! Jestem gotowa do zbombardowania problematycznych partii mojego ciała!
Chwila! Nie to żebym wypowiedziała sama sobie wojnę, bo podstawa to akceptacja siebie, no i jako rzecze stare porzekadło: biedna mucha nie bez brzucha! Ja po prostu zawiązuję pakt psychiczno-fizyczny o nieagresji oraz powzięciu nie drastycznych, ale systematycznych i konsekwentnych działań mających na celu wyeliminowanie zbędnej tkanki tłuszczowej oraz usprawnienie, wzmocnienie i polepszenie kondycji mojego materialnego królestwa – mojego ciała!
Z takim postanowieniem ruszyłam na salę!
Zaczęło się spokojnie marsz, lewa, lewa! Pierwsza połowa ćwiczeń to dynamiczna,
niezbyt skomplikowana rozgrzewka do rytmicznej muzyki. Niby proste, ale jednak zdarzają się pomyłki w układzie, bo o ile step touch, hill back a nawet kolano na zewnątrz faktycznie nie są zbyt trudne, to już mambo w przód, mambo w tył, obrót i chasse sprawiają nieco trudności i powodują, że gdzieś się gubi rytm… Ale nie jest źle! Powtarzamy, powtarzamy i raz i dwa i trzy i już jest super! Ooo! Uwaga będzie mała zmiana – słowa trenerki burzą opanowany już układ… ehhh. Teraz między mambo a chasse musi się zmieścić krzyżuj tyłem, wróć i krzyżuj przodem, a między marsz w przód i kolano na zewnątrz – pajac tyłem - to akurat pamiętam z przedszkola! Ćwiczenie układu rozgrzewki i opanowanie coraz to nowych figur tak mnie pochłonęło, ze nawet nie zauważyłam upływającego czasu.
Druga część zajęć, to ćwiczenie dolnych partii na karimatach. Teraz wykonuje się ćwiczenia wzmacniające te problematyczne części kobiecego ciała. Nie są on już tak skomplikowane jak układ rozgrzewający, ale wymagają spięcia całego ciała i pracy odpowiednich partii mięśni. Lędźwia przyklejone do maty, dłonie na kark i start! Brzuszki, następnie seria ze skrętem… jeszcze sześć… z uniesioną prawą nogą… lewą nogą. O nie! Będzie jeszcze gorzej! Obie nogi w górę! Aaaa! W końcu luz, przyciągnijcie kolana do klatki piersiowej… Ufff teraz super! Nie na długo! Kolejna seria! Stopa flex, palce obciągnięte, głowa ciągnie ku górze, i pogłębiamy w przód… jeszcze pięć… cztery… Luz!
Oj, karimaty są mylące! Na sali gimnastycznej bynajmniej nie służą do leżakowania! Ta część treningu wydaje się spokojniejsza, ale to tylko pozory, jest bardzo intensywna i charakteryzuje się wieloma powtórzeniami ćwiczeń. Ale udało się - dotrwałam do końca treningu. Na zakończenie kilka ćwiczeń rozciągających i oddechowych… i …
Luzzzz… już na całe popołudnie... i Święta!
Jutro już ten Jedyny w roku Magiczny Dzień - Wigilia! Na czas Świąt robię sobie wolne od fitnessu, ale żeby moje starania nie poszły na marne świątecznemu obżarstwu mówię stanowcze NIE! A nabyte kalorie spalę na sankach i łyżwach! Oby tylko zima dopisała...
Komentarze (2)