Aborcja pozostawia ślad na całe życie
‘W pomieszczeniu stało więcej łóżek z dziewczynami. Wszystkie, które się obudziły płakały. Pielęgniarki krzątały się, podawały chusteczki. – mówi 23 – letnia Agnieszka - poznawałam wszystkie kobiety z poczekalni. I szloch wyrywający się z piersi. Dostawili łóżko obok mnie. Młoda dziewczyna, może z 16 lat. Przyszła z przyjaciółkami i mamą. Po chwili rozbudziła się i też płakała.” – mówi 23 – letnia Agnieszka.
Agnieszka mieszkała w Londynie. Ze swoim chłopakiem była niecałe dwa lata. Przyznaje, że nieraz zapomniała zażyć pigułkę, albo zrobiła to później. Tym razem jednak miało to swoje konsekwencje. Dziewczyna zaczynała odczuwać niepokój, inne uczucie w ciele i duszy. Postanowiła zrobić test ciążowy. Tydzień przed planowanym okresem – nic nie wykazały. Jednak kolejne próby potwierdziły jej obawy. Lekarz obiecał jej pomóc, bez względu na to, jaką decyzję podejmie. Chłopak Agnieszki nie chciał mieć dziecka teraz, ale powiedział, że będzie przy niej bez względu na to, co wybierze.
„Ciężar decyzji pozostawił na mnie całkowicie i teraz na nikogo nie mogę zrzucić winy, a trochę bym chciała się jakoś od tego uwolnić. Tak naprawdę pragnęłam, że powie, że jakoś sobie poradzimy i będzie dobrze - żebym nie musiała nawet się zastanawiać nad kwestią aborcji.” – wyznaje przez łzy dwudziestotrzylatka.
Agnieszka nie myślała o tym, aby mieć dzieci. Owszem, za kilka lat, ale nie teraz. Świadomość, uczucie budzącego się w niej życia, zmienił ją. Wciąż odciągała decyzje, zwlekała, myliła terminy badań. Nadszedł dzień, kiedy wyznaczono datę. Nie było już odwrotu.
Tego dnia Agnieszka nie zapomni do końca życia.
Była śliczna, ciepła, wiosenna pogoda. Świeciło słońce. W poczekalni było pełno kobiet, w różnym wieku, różnych ras. Były same, z partnerami, z matkami lub przyjaciółkami. Miały wsparcie – chociaż tutaj, bo poza poczekalnią jest się samemu. Wyborem Agnieszki była nieświadomość – narkoza. Przebrała się w pokoju z boxami. Czuła się jak w sklepie odzieżowym. Potem pielęgniarka poprowadziła każdą z kobiet do pokoju przygotowawczego.
„Położyłam się na łóżku, asystentka przewiozła mnie do pokoju zabiegowego. Lekarz zapytał jak się nazywam, z jakiego kraju jestem. Uśmiechnął się i niezdarnie powiedział do mnie "Lech Walensa", zapewnił potem, że wszystko będzie dobrze i żebym się zrelaksowała. Poczułam tylko ból w dłoni gdzie miałam welflon, gdy dostawałam narkozę...” – mówi dziewczyna. Otworzyła oczy, poczuła ból w dole brzucha i szybko się zorientowała, że ma jakąś przepaskę między nogi. Dotarło do niej, że już po wszystkim, że zabiła własne dziecko. Rozpłakała się.
Chłopaka Agnieszki nie było przy niej. Następnego dnia rano zadzwoniła do niego, powiedziała, że już „po”. „Byłam zła, że go nie było. Nie pamiętam co do mnie powiedział – przyznaje - ja mało mówiłam. Chciałam to wszystko wykrzyczeć, ale jakoś milczenie było lepsze...”
Komentarze (3)