Akupresura i zioła na białaczkę, czyli jak leczy dr. Ho
Prowincja Yunnan. Miejscowość Lijang, ciepły marzec 2010. Pewnego niedzielnego wieczoru, podczas spaceru wąskimi uliczkami tej Chińskiej Wenecji, stanął przede mną sympatycznie wyglądający Chińczyk, przedstawił się, jako syn doktora Ho, wiedziałam że tej okazji nie można przepuścić…
Zaproszona przez syna, wybrałam się, by odwiedzić znawcę ziół, akupresury i medycyny tybetańskiej, w jego słynnej klinice w Baisha. Miejscowość znana jest także z fantastycznie zachowanych fresków, pamiętających czasy dynastii Ming. Wieś jest położona przepięknie: u podnóży Śnieżnych Gór Nefrytowego Tygrysa – jednego z odgałęzień Gór Sino-tybetańskich, które ciągną się potężnym łańcuchem od Tybetu.
Bez trudu znalazłam słynną „klinikę”, choć mieści się w szeregowym, niczym niewyróżniającym się domu. Przed nim, nad małym potoczkiem, siedziała zajęta pieczołowitym czyszczeniem i płukaniem ziół, żona doktora Ho. W szafirowym stroju noszonym przez kobiety Naxi, jej dostojna uroda była uderzająca.
Serdecznie mnie przywitano i zaproszono do cienia rozłożystego drzewa. Na niskim stoliku już czekała na mnie słynna „herbatka ziołowa” – zaparzana mieszanka ziół o dziwnym smaku, osładzana miodem. Lekka pogawędka szybko zeszła na poważniejsze tematy: doktor Ho opowiedział mi o prześladowaniach, jakie dotknęły go podczas Rewolucji Kulturalnej (za jego zagraniczne kontakty, szeroką wiedzę i liberalne poglądy), a przede wszystkim o zwyczajach i tradycjach Naxi.
Doktor wyłożył mi zasady oryginalnego, „obrazkowego” pisma Naxi. Powiedział, że do wszystkich tutejszych nazwisk dodaje się którąś z dwóch partykuł Ho albo Mu, określających status społeczny każdego rodu. Syn doktora, również lekarz, dr Ho Skulong pokazał mi worki korespondencji przychodzące do ojca z całego świata. Listy zawierają prośby o ratowanie zdrowia lub życia, są i radosne podziękowania za skuteczną pomoc.
Również olbrzymie księgi zawierają wpisy i podziękowania od gości z różnych stron świata. Wszyscy przybywający do doktora Ho goście skwapliwie korzystają z okazji, by poradzić się w kwestii wszelkich nękających nas czasami dolegliwości. Dr Ho wysłuchuje każdego uważnie, bada puls, zagląda do oka, zadaje szczegółowe pytania.
Przybyli do kliniki dostają zioła nie tylko dla siebie samych, ale także dla swoich bliskich, których choroby jesteśmy w stanie dokładnie przedstawić. Moc uzdrawiająca ziół doktora Ho obejmuje bardzo wiele chorób – ma leczyć nawet niektóre odmiany raka. Generalna rada na dobre zdrowie jest prosta: tylko świeże pożywienie, życie w przyjaźni z ludźmi i naturą, nie poddawanie się stresom.
Lecznicze zioła zbierane są na kilku, wysoko położonych łąkach. Oczyszczone i wysuszone, rozdrabnia się w specjalnie w tym celu skonstruowanym, ręcznym młynie. Przechowuje się je w postaci proszku, w specjalnych workach. Zanim doktor Ho wręczył mi paczuszkę ziół udał się do swojego gabinetu przypominającego laboratorium alchemika, z mnóstwem pojemników, półek, naczyń.
W wielkim skupieniu, zaglądając do podręczników medycznych i innych opasłych ksiąg odmierzał sobie tylko znane miarki proszku, mieszał je skrupulatnie na ogromnym arkuszu papieru i składał w pakieciki, wyznaczając zarazem każdemu jednorazowa dawkę, która trzeba parzyć i popijać trzy razy dziennie, osłodzone miodem. Nie żądał przy tym żadnych opłat, a przy próbach płacenia śmiał się, że jego źródłem utrzymania jest haracz dowożących tu codziennie pacjentów. W zamian miał tylko jedna prośbę – żebym napisała czy kuracja pomogła.
Komentarze (0)